Lawendowe ziemniaki, czyli cuda na kaszubskiej grządce

EN      PL

Nie mówię, że jestem zachowawcą, ale jednak jestem z Europy środkowo-wschodniej i jeśli na stole nie ma ziemniaków przygotowanych na przynajmniej cztery sposoby to nie jest dla mnie wielka impreza.
Podobno ta tradycja nie jest taka stara, bo do sprowadzenia ziemniaka na nasze ziemie przyczynił się król Jan III Sobieski. Władca, podczas odsieczy wiedeńskiej w 1683 roku, przesłał Marysieńce worek ziemniaków. Cudownie.

Wyobraźcie sobie mój entuzjazm, gdy sąsiad sprezentował mi na wiosnę woreczek sadzeniaków (bulw) lawendowych ziemniaków. Lawendowych! Przyznam, że gdy przyszło do „zbiorów” moje ziemniaczane trofeum było dość ubogie, bo zebrałam ilość wystarczającą zaledwie na trzy obiady. Ale trzy lawendowe obiady na Kaszubach to lepiej niż zero lawendowych obiadów na Kaszubach.

Ziemniaki ‘Vitelotte’ pojawiły się z Polsce dopiero w latach 80tych XX wieku i nadal nie są popularną odmianą. Mają głęboką ciemnoniebieską, prawie czarną skórkę i wypłowiało-fioletowy miąższ. Jest w nich dużo antocyjanów, czyli substancji, które mają działanie przeciwzapalne i są bardzo silnymi antyoksydantami usuwającymi z organizmu człowieka nadmiar wolnych rodników, które niszczą komórki.

Niestety Vitelotte jak to ziemniak, ma dużo skrobi, jednak po jego zjedzeniu, w przeciwieństwie do zwykłych kartofli, stężenie glukozy wzrasta wolniej, właśnie dzięki antocyjanom. Dlatego mogą być lepszym wyborem dla chorującym na cukrzycę. Nasz atramentowy kartofelek jest bogaty również w błonnik pokarmowy, który zmniejsza wchłanianie cholesterolu (jej!).

Niby gotowanie kartofli to żadna filozofia, ale nasze pierwsze podejście wyszło…dziwnie. Lawendziaki rozgotowały się na (pyszną jakby nie było) papkę w 15 minut. Więc polecam gotowanie w mundurkach i monitorowanie widelcem twardości. I to by było na tyle.

Świetnie smakują z sosem z borowików lub podgrzybków, szczególnie tych, które zbierzesz sam w lasach i borach kaszubskich.